Okładka podcastu 2

#2 | Nasze farerskie żenady

8 marca 2020

Drugi odcinek „Wysp Owczych bez tajemnic” już nagrany. Tym razem będzie zabawnie i anegdotycznie, ponieważ podzielimy się z Wami naszymi największymi farerskimi żenadami! Niech nie zwiedzie Was jednak luźna tematyka, gdyż za tymi zabawnymi historiami, kryje się wiele ciekawych spostrzeżeń na temat Farerów i życia na Wyspach Owczych. 

Wysłuchaj na:


Transkrypcja odcinka

Specjalne podziękowania za transkrypcje dla Barbary Nowickiej!

Cześć! Ja jestem Łukasz Łach i prowadzę Klub Miłośników Wysp Owczych FAROE.PL, a to jest podcast Wyspy Owcze Bez Tajemnic, gdzie wraz z Kingą Eysturland z facebookowego profilu Polonia Farerska opowiadamy o najbardziej tajemniczym archipelagu w Europie. Zapraszamy!

[ŁŁ] Dzień dobry, cześć i czołem! Witamy Was w drugim odcinku naszego podcastu. Proszę, Kinga Eysturland, Łukasz Łach. Witamy!

[KE] Wyspy Owcze Bez Tajemnic!

[ŁŁ] Wyspy Owcze Bez Tajemnic, dokładnie tak! Słuchajcie, po pierwszym odcinku, który był bardzo formalny i podjęliśmy taki temat konkretny postanowiliśmy trochę zmienić formułę i postanowiliśmy pójść w emocje, dlatego dzisiejszy odcinek będzie się nazywał…

[KE] Nasze farerskie żenady!

[ŁŁ] Nasze farerskie żenady, dokładnie tak! Czyli powiemy Wam trochę naszych historii, ale też wydaje nam się, że w ten sposób będziecie mogli dowiedzieć się bardzo dużo o farerskim społeczeństwie. Więc to nie będą tylko i wyłącznie… nie będziemy skupieni tylko i wyłącznie na nas, nie będziemy skupieni na naszych emocjach, ale myślę, że to będzie fajne…

[KE] No ja myślę, że skupieni na nas będziemy, ale też nie chciałabym żeby te historie przysłoniły szersze tło, dlatego że myślę, że poprzez takie anegdotki można również bardzo wiele dowiedzieć się  o farerskim społeczeństwie, jakie jest od kuchni, także niech nie zwiedzie Was taki nieformalny charakter tych dzisiejszych opowiastek.

[ŁŁ] Dokładnie tak! Kinia pięknie, pięknie! Dobrze! To od czego zaczynamy? To może w takim razie, skoro masz takie dobre flow, to może Twoja najdziwniejsza farerska przygoda? Jedziesz!

[KE] No myślę, że pierwsza taka sytuacja, która mnie zażenowała i wprawiła w osłupienie…

[ŁŁ] Czyli zaczynasz od czegoś negatywnego? [śmiech] Czyli moja pierwsza, no tak, moja pierwsza żenada!

Wycieczki na Wyspy Owcze z pasjonatami z Faroe.pl
[KE] To miały być żenady, więc nie będę mówić o najdziwniejszych sytuacjach, tylko po prostu o sytuacjach niezręcznych. Mianowicie było to zaraz na samym początku mojego mieszkania w Klaksvik. Mój mąż Ivan pojechał wtedy w delegację na kilka tygodni, gdzieś na daleki wschód Rosji, a mnie w tym czasie odwiedziło dwóch kolegów z Polski. I w piątkowy wieczór zabrałam tych moich znajomych do lokalnej spelunki, zwanej Roykstova, którą dobrze znasz, i poszliśmy na taki piątkowy pubowy quiz, nawet jedną rundę wygraliśmy. Runda geograficzna była nasza! Moi koledzy byli zachwyceni tym, że mogli spędzić czas z takimi egzotycznymi dla nich rybakami, trochę jeszcze podchmielonymi. W każdym razie było naprawdę mnóstwo, mnóstwo śmiechu i ci rybacy, to był taki prawdziwy folklor. Imprezę zakończyliśmy nad ranem i z podchmielonymi uśmiechami wróciliśmy do domu. Dopiero kilka dni później zrozumiałam, że to co mi wydawało się takie trochę studenckie, niewinne, to miejscowi zinterpretowali zupełnie na opak i cała sytuacja została skomentowana tak, że oto Kinga Eysturland pod nieobecność męża szlaja się po pubach i upija w towarzystwie dwóch nieznanych nikomu…

[ŁŁ] Absztyfikantów! [śmiech] [KE] I to dało mi naprawdę do myślenia, że reputacja na Wyspach Owczych jest wszystkim. Trzeba bardzo uważać co się robi, gdzie się chodzi, z kim, dlatego że wszyscy na pozór, niewinnie, ale patrzą Ci na ręce. Od tamtej pory staram się bardziej analizować moje potencjalne posunięcia, dlatego żeby nikomu nie dostarczać pożywki do tego typu komentarzy, tym bardziej że plotkowanie to jest farerski sport narodowy i tutaj plotkują wszyscy. Też na początku wiedziałam, że to jest mała społeczność, wszyscy się wszystkimi interesują, ale założyłam, że skoro ja się nikim nie interesuję, to dlaczego ktoś ma interesować się mną, jak nie ma takiego sprzężenia zwrotnego. Ale okazało się, że to tak nie działa i pomimo, że ja tam nikogo nie znałam i nie byłam zainteresowana, to jak poznawałam nowe osoby, to każdy już wiedział jak mam na imię, skąd jestem, kto jest moim mężem, gdzie mieszkam i właściwie nie musiałam już nic o sobie mówić, bo ludzie już wszystko wiedzieli. Także uwaga na plotki na Wyspach Owczych i uwaga, uważajcie na to co robicie!

[ŁŁ] Ostro, siostro! Kiedy ja myślałem o moich farerskich żenadach, to mam oczywiście kilka historii i zacznę może od takiej, która była pierwszy zderzeniem z farerską rzeczywistością po latach totalnej fascynacji i przeświadczeniach, że Wyspy Owcze to raj i to co mnie tam spotka to będzie tylko i wyłącznie coś pozytywnego i dobrego. To jest historia związana z moimi wycieczkami, to był chyba rok 2011, kończyłem 30 lat, piękna sprawa, pojechaliśmy na trip i to była taka wycieczka, gdzie częścią grupy byli też moi dobrzy znajomi, między innymi mój szef, były szef ze swoimi synami, z tego miejsca go bardzo mocno pozdrawiam, bardzo energetyczny mężczyzna, który zawsze potrafił mnie bardzo mocno zmobilizować w różnych kwestiach. A o co chodziło? Chodziło o to, że wybieraliśmy się na Mykines, piękną wyspę, wybieraliśmy się helikopterem. Helikopter, nie to co teraz, teraz w helikopterze mieści się 13 osób, kiedyś to było około ośmiu. Wykupiliśmy wszystkie miejsca, to był poranny lot na Mykines, o 10.15 z tego co pamiętam. My już mniej więcej od 8.30 byliśmy w drodze, gdzieś na godzinę przed odlotem śmigłowca dostaliśmy telefon z lotniska z pytaniem, czy będziemy. Oczywiście potwierdziłem, że jesteśmy w drodze, że będziemy. Problem polega na tym, że kiedy dojechaliśmy na lotnisko, wysiadamy z samochodu i słyszymy jak helikopter odlatuje. No to było duże rozczarowanie, nie tylko dla mnie, ale też dlatego, że pogoda była piękna, to był początek maja, wiedzieliśmy, że nie będzie zbyt dużo ludzi na Mykines, a jednak doświadczenie tej wyspy, kiedy nie ma tam ludzi, jest wyjątkowe. Weszliśmy…

[KE] No to dlaczego odleciał bez Was?

[ŁŁ] No właśnie i to jest clue tej opowieści. Podszedłem do pani, jeszcze w starym terminalu na lotnisku, pytam o co chodzi, przed chwilą do mnie Pani dzwoniła, dlaczego odleciał? Kobieta wiła się niesamowicie i za bardzo nie była w stanie odpowiedzieć na to pytanie, zwalała wszystko na pilota. Ja już naprawdę byłem gotowy odpuścić ten temat, nie chcąc się konfrontować, ale wtedy bardzo mocno zmobilizował mnie mój szef, który nieznoszącym sprzeciwu tonem, powiedział: “Załatw to!” [śmiech]. No i rzeczywiście zacząłem być troszeczkę bardziej konfrontacyjny i podszedłem do sprawy w polskim stylu i to przyniosło pożądany efekt, dlatego że… No właśnie, Farerzy nie lubią się konfrontować, prawda?

[KE] Zdecydowanie!

[ŁŁ] Zdecydowanie. Więc pani stwierdziła, że ok, pilot musi odrobić jakieś godziny w locie, więc poleciał na Mykines, wrócił po nas i szczęśliwie na Mykines dotarliśmy. Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, pilot odleciał dlatego, że gdybyśmy my wsiedli na pokład to nie byłoby miejsca dla jego dziadka ze swoim przyjacielem. Ale dziadek okazał się bardzo uroczym mężczyzną, który co ciekawe, przez kilka lat mieszkał na Mykines Holmur, czyli tam na samym końcu przy latarni była taka mała osada. Powiedział, że to były najpiękniejsze lata jego życia. A co jeszcze ciekawe to to, że wnuczka studiowała w Szczecinie medycynę, to też ta nasza relacja była od razu ciepła a my nie mieliśmy do niego pretensji. On też jakoś nie wydawał się zbyt… No ta sytuacja w żaden sposób nie wydała mu się żenująca… że się po prostu nam wtranżolił do helikoptera.

[KE] No tak, czyli Wasza żenada nie była jego żenadą.

[ŁŁ] Absolutnie nie! Ale druga moja żenująca historia, nie będzie związana z Farerami, tylko będzie związana… ze mną [śmiech]. Ja chyba odstawiłem mocną żenadę, ale to już za chwilę. Ok, Kinia, Twoja kolej! Ping-pong!

[KE] Dobra, ping-pong, przyjmuję piłeczkę. Moja taka inna historia, w której poczułam się bardzo niezręcznie, to również są początki mojego życia na Wyspach Owczych, mianowicie rok 2009, jesień. Mieszkałam wówczas z moim ówczesnym chłopakiem Farerem w Syðrugøta, no i wybieraliśmy się na urodziny jego szwagra. Gość kończył 40 lat, zapowiadała się taka poważna impreza z pompą i ja oczywiście wówczas nie wiedziałam jeszcze, że farerskie urodziny nie mają praktycznie nic wspólnego z takim polskim, znanym nam, biesiadowaniem. Zresztą piszę o tym w rozdziale w książce „Codziennie jest piątek”, o tym jak Farerzy się goszczą. Ustala się po prostu godziny trwania imprezy, powiedzmy od 16 do 22, robi się event na Facebooku i w tym przedziale czasowym goście mogą sobie przychodzić. Jest taka rotacja gości, niektórzy wpadają dosłownie na moment złożyć życzenia, prezent wręczyć, ciasta spróbować, inni z kolei siedzą długie godziny, wszystkich o wszystko wypytują. No i w ciągu jednego wieczoru solenizanta może odwiedzić nawet 200 osób, w zależności od wsi. Ja odstawiłam się na tę imprezę jak stróż w Boże Ciało. I teraz sobie wyobraź mnie w małej czarnej, w butach na obcasie, ja ubrałam perły [śmiech] no ale wydawało mi się, że na takie okrągłe urodziny, na taką 40stkę to trzeba się jakoś wybitnie odpicować. No i tymczasem, jak już pojawiliśmy się na miejscu, to okazało się, że na tle innych gości wyglądam jak…

[ŁŁ] Wyróżniasz się [śmiech] [KE] w halloweenowym przebraniu, jakiejś czarnej wdowy czy czegoś innego.

[ŁŁ] Pani pomyliła imprezy, po prostu!

[KE] [śmiech] Coś w ten deseń! Bo sam solenizant miał na sobie jakieś wytarte dżinsy i koszulkę…

[ŁŁ] …żeby nie powiedzieć łachy, po prostu.

[KE] [śmiech] Nie chciałam Cię ranić.

[ŁŁ] Rozumiem. Nie czuję się zraniony. [śmiech] [KE] Miał te dżinsy, koszulkę poliestrową klubu sportowego Víkingur, był jakiś w ogóle niedogolony. Większość gości natomiast lansowała się w farerskich wełnianych swetrach albo dresach i szczytem elegancji to było kilka pań, które miały na sobie tuniki i getry. Na stole standardowo cerata, to jest wogóle farerski zamiennik obrusa; królował, wiadomo, szwedzki stół, samoobsługa i tak dalej. No i ja byłam wtedy takim świeżakiem na Wyspach Owczych, więc z kilkoma osobami sobie pogadałam po angielsku, po duńsku i w trakcie tych interakcji to tak: jeden dłubał w nosie, drugi gapił się w telefon i tylko na mnie co ileś minut zerkał, czy ja tam w ogóle jeszcze stoję, inny z kolei mówił z pełnymi ustami. Więc ja po prostu poczułam się, jak na jakiejś imprezie w akademiku, a nie na urodzinach 40sto letniego faceta. Tak więc, jak widać, ten savoir-vivre na Wyspach Owczych ma swoją odmianę własną, no i trzeba się do niej przyzwyczaić.

[ŁŁ] Co kraj, to obyczaj, zdecydowanie. No dobrze, to teraz moja historia mojej żenady, [śmiech] własnej, osobistej. Moja pierwsza wycieczka na Wyspy Owcze, pojechałem tam z namiotem, nie wiem dlaczego tak to sobie wymyśliłem… To znaczy no trochę wiem, chciałem po prostu przeżyć przygodę, ale nieistotne! Dotarłem na Wyspy Owcze płynąc jeszcze Norroną z Bergen i pamiętam, że pierwszym miejscem, gdzie próbowałem rozbić namiot była wyspa Vágar z pięknym widokiem na… [długa przerwa] z pięknym widokiem po prostu! [śmiech] [KE] Na Tindhólmur pewnie!

[ŁŁ] Nie, nie, byłem dalej, byłem przy kościele Sandavágur, czyli tam dalej. Poszedłem na Palec Wiedźmy! Oczywiście nie dało się rozłożyć namiotu, dlatego że ziemia była strasznie przesiąknięta wodą, a ja niestety, to był 2006 rok, nie niestety albo stety, miałem wszystko bardzo dokładnie wyliczone, chodzi oczywiście o koszty, a czekała mnie jeszcze podróż Norroną na Szetlandy, z Szetlandów musiałem zostać 3 dni w Wielkiej Brytanii i dopiero stamtąd leciałem z Glasgow do Warszawy i później musiałem się jeszcze przebijać do Wrocławia. Więc to była naprawdę “Wielka Pardubicka”i  mój cały plan załamał się, kiedy okazało się, że nie jestem w stanie spędzić nocy w namiocie.To był piątek, pamiętam, podszedłem do tego chyba… no nie było w tym logiki, dlatego że hostel kosztował 160 koron a ja, skoro nie byłem w stanie przespać się w Sandavágur to za 80 czy 60 koron kupiłem bilet autobusowy to Torshavn, więc połowę kwoty, którą bym wydał na hostel, wydałem na autobus. W Torshavn stwierdziłem, że w większym mieście będzie łatwiej spędzić jakoś noc. Pamiętam, że strasznie się smęciłem, do drugiej w nocy. W końcu znalazłem jakiś przystanek autobusowy. Pech chciał, że to był przystanek autobusowy w Argir,, czyli można powiedzieć pętla autobusowa. Ta pętla autobusowa, ta wiata przystanku była była na widoku, mówiąc krótko, więc każdy kto wracał z imprezy, każdy się zatrzymywał przy tej wiacie przystankowej, świecił mi światłami i zastanawiał się „O co chodzi?”. 2006 rok to jeszcze nie był czas, kiedy Wyspy Owcze były zasypane turystami, więc wzbudzałem zainteresowanie a zupełnie tego nie szukałem! No w końcu wróciłem do centrum i stało się coś, co się bardzo często zdarza w moim życiu, czyli z piekła do nieba. Przeszedłem się obok hostelu Bladapy, bla-daj-pe, tak to sie wymawia.

[KE] Bla-duj-pe!

[ŁŁ] No właśnie, bla-duj-pe. Ja się boję zawsze przy Kinii wypowiadać farerskich nazw, bo zawsze jestem strofowany, ale to dobrze, to lubię. I tam przy stołówce, miejscu, gdzie podawano śniadania, była budka telefoniczna. Budka telefoniczna, nie taka wolnostojąca, tylko budka telefoniczna na pełnym wypasie! Budka telefoniczna, która jednocześnie służyła za miejsce z którego odbierało się klucze, kiedy hostel był zamknięty. Ona była tak jakby małym pokoikiem w budynku hostelu, do którego można się było dostać z zewnątrz i to było niesamowite uczucie, dlatego że byłem już dość przemarznięty, tam było oświetlenie, był mały grzejnik. To było coś pięknego. Sama budka telefoniczna była 50 metrów od sklepu spożywczego, więc obudziłem się o siódmej rano, wyspany poszedłem po mleczko i o ósmej, kiedy otwierali hostel zameldowałem się i się położyłem znowu spać.

[KE] [śmiech] Cóż za pętla!

[ŁŁ] Pętla niesamowita i o ile wtedy czułem, że złamałem system to z perspektywy czasu, no słabo oceniam ten występ, aczkolwiek przeżyłem, nikt mnie nie zjadł, jest super.

[KE] Ja myślę, że morał tej historii jest taki, że jesteś po prostu strasznym skąpiradłem, skoro nie chciałeś zapłacić 160 czy 180 koron za hostel.

[ŁŁ] Tak, to możliwe, nie oceniam siebie nigdy w ten sposób. Zawsze się bardzo łagodnie oceniam i raczej staram się wyciągać pozytywy z tej historii. Raczej wydaje mi się, że znowu obróciłem sprawy na swoją korzyść.

[KE] Dobrze, że nie wylądowałeś na okładce Dimmalætting czy Sosialurin.

[ŁŁ] Takich turystów nie chcemy! [śmiech] To może w tym aspekcie warto powiedzieć o naszym rodaku, który też zrobił żenadę, w podobnym stylu…

[KE] O tak, tak, rzeczywiście! Do tej pory się rumienię, jak wspominam tę historię, szczególnie że dosłownie 3 dni przed tym nieszczęśliwym wydarzeniem odbył się pierwszy International Day w Klaksvik. Taka pionierska impreza na której mogli się zaprezentować cudzoziemcy z różnych krajów. Ja się pochwalę, że byłam współorganizatorką…

[ŁŁ] I śpiewałaś!

[KE] I śpiewałam Marylę Rodowicz. Gdzieś to nagranie krąży w odmętach internetu, ale nie szukajcie tego lepiej! W każdym razie nieskromnie powiem, że nasze polskie stoisko wypadło najlepiej! Najlepiej! Załatwiłam jakieś broszury z polskiej organizacji turystycznej, były mapy, zrobiłam kolaż ze zdjęciami różnych Polaków mieszkających na Wyspach Owczych. Wszystko to bardzo się podobało, ludzie podchodzili, zagadywali i wszyscy byli bardzo zainteresowani, chwalili nas. Nawet potem w artykule w notce internetowej nasze stoisko zostało tak wyróżnione. No i przez trzy dni cieszyłam się bardzo tym sukcesem, w którym miałam swój skromny udział, ale po trzech dniach w internecie pojawił się news, na głównej stronie Dimmalætting, że oto nasz rodak rozbił namiot w zatoczce w tunelu na wyspie Kunoy. Sprawa była o tyle szokująca, że jest to tunel jednopasmowy i są tam mijanki co ileś metrów i on w takiej jednej z mijanek rozbił namiot. Oczywiście natychmiast Farerczycy go zdenuncjowali, zadzwonili na policję, mówiąc, że jest jakiś namiot w zatoczce, że to jest niebezpieczne, że ktoś sam prosi się o śmierć. Przyjechała policja, oczywiście zapytali tego gościa, co on tutaj robi i że tu nie wolno się rozbijać. W ogóle nie wolno się rozbijać na dziko na Wyspach Owczych, to też jest ważne.

[ŁŁ] Tym bardziej w tunelach! [śmiech] [KE] A w tunelach to już jest w ogóle pomysł idiotyczny! Ten gość powiedział w sumie zwalając odpowiedzialność za siebie na tych policjantów, ponieważ on powiedział, że jest brzydka pogoda, on nie ma pieniędzy na hotel ani hostel i boi się spać na zewnątrz i w tym tunelu znalazł schronienie. Na koniec policjanci przejęli się sytuacją tego kretyna i jeden z policjantów zadzwonił do swojej rodziny, która posiada farmę w Muli, w opuszczonej wsi na Borðoy i (zapytał) czy ten gość może spać jedną noc w szopie tam w Muli. No i rodzina wyraziła zgodę, tego gościa tam przewieźli. Artykuł o naszym rodaku doczekał się lawiny komentarzy, niestety nie były to pozytywne komentarze. Oczywiście Farerzy mówili, że takich turystów nie chcemy, że po co przyjeżdżać na Wyspy Owcze, jak ktoś nie ma przy sobie złamanej korony. Także niestety cały ten nasz sukces na International Day został zdeprecjonowany naszym rodakiem, który rozbił namiot w mijance.

[ŁŁ] Dobrze! Szybko zmieniamy klimat, zapomnijmy o tej historii, nie skupiajmy się na niej.

[KE] Dokładnie! Zapomnijmy o tym na zawsze! [śmiech] [ŁŁ] Tak, a teraz skupmy się na Farerach w takim razie, po to żeby odwrócić uwagę… Teraz, teraz coś mocnego!

[KE] Akurat mam historię, taką krótką dosyć o Farerze, właściwie o jednym Farerze. To jest historia z wyspy Fugloy, z mojej ukochanej wyspy na którą jeżdżę notorycznie. To był chyba jeden z moich pierwszych razów na Fugloy, drugi jak nie trzeci. Pojechałam wówczas na Fugloy z kolegą, który był na Wyspach Owczych pierwszy raz i wysiadamy z promu, wysiadamy z Ritana w osadzie Hattarvik. Mój kumpel, nazwijmy go Maciek…

[ŁŁ] Pozdrawiamy Maćka!

[KE] …bo chyba chciałby zachować anonimowość, więc nazwijmy go Maciek. Maciek, taki podekscytowany wysiada z promu, pierwsze co bierze aparat, odpala go, robi zdjęcia wszystkiego, po czym z żalem informuje mnie, że skończyła mu się bateria w aparacie. A my dopiero co przyjechaliśmy. Niestety on już zrobił tyle filmików na promie i tyle zdjęć, że ta bateria już nie wytrzymała. Na Fugloy warunki są spartańskie, nie ma tam sklepu, mało ludzi tam mieszka, nie jest to sprzyjające miejsce do ratowania tego typu sytuacji. Ale akurat na keji, chociaż trudno to nazwać keją bo to taki betonowy blok, stał jeden z mieszkańców wyspy  Leivur Fuglø, który zobaczył, że jesteśmy w jakiejś panice. Zapytał co się stało, więc ja mu mówię, że skończyła się koledze bateria i  Leivur był tak kochany, że poszedł do domu, przyniósł nam komplet sześciu baterii, a także paczkę suszonej ryby. Przyznasz chyba, że ten gest był bardzo miły. Ja byłam wzruszona, bo nie spodziewałam się od obcego chłopa takiej pomocy, trochę gościnności. Było to bardzo miłe! I ja, żeby okazać mu moją wdzięczność podeszłam do niego…

[ŁŁ] Ugotowałaś mu pierogi [śmiech] [KE] No nie! Myślę, że gdybym mu ugotowała pierogi to nie byłoby to aż taką żenadą. Natomiast ja tak po polsku, po prostu go objęłam!

[ŁŁ] I pocałowałaś! [śmiech] [KE] Nie! Ale przytuliłam go do piersi, po prostu takiego miśka, takiego Breżniewa z nim zrobiłam i wówczas w trakcie tego aktu przytulenia wyczułam, że Leivur jest sparaliżowany! Ja nie wiem kiedy on miał ostatni raz kontakt z jakąkolwiek kobietą, bo tam na wyspie jest przewaga mężczyzn, więcej mężczyzn niż kobiet jak na całych Wyspach Owczych zresztą. Wprawiło to jego w jakieś kompletne osłupienie. Ja czując to jego skrępowanie, odskoczyłam jak poparzona i też się zaczerwieniłam, zrobiło mi się strasznie głupio. Leivur nie mógł już nawet spojrzeć mi w oczy, patrzył tylko na moje buty…

[ŁŁ] [śmiech] Nie znam tej historii, Kinia, nie znam tej historii, ale jest naprawdę mocna i bardzo dużo mówi o cechach naszych społeczeństw.

[KE] Bardzo, bardzo! Najgorsze jest to, że od tamtej pory Leivura spotykałam wielokrotnie i myślę że też dlatego on mnie tak zapamiętał, bo on jest jednak tą osobą, która…

[ŁŁ] Ale powiedz mi, gdzie to było, w Kirkja czy…

[KE] Nie, to było w Hattarvik, bo on mieszka w Hattarvik i on jest zazwyczaj tą osobą, która odbiera rzeczy z Ritana, czyli on odbiera pocztę, zakupy i tak dalej.

[ŁŁ] Z Ritana, czyli z promu.

[KE] Tak, tak! On jest tym człowiekiem orkiestrą, który tam zarządza, przynajmniej jeszcze do niedawna zarządzał wsią, teraz on już się nieco postarzał. W każdym razie od tamtej pory widziałam Leivura wielokrotnie i kiedyś zadałam mu pytanie…

[ŁŁ] Ale unika Cię, czy nie?

[KE] Nie, nie unika mnie. Nie unika mnie, ale też na początku miałam z nim trochę ograniczony kontakt bo Leivur jest takim Farerem nietypowym, który mówi tylko po farersku, to znaczy on nie mówi po duńsku i to jest rzadkie.

[ŁŁ] Ciekawe, w tym wieku powinien mówić po duńsku, nie?

[KE] Tak, ale jednak przez to, że on jest urodzony i wychowany na Fugloy, to ta potrzeba mówienia po duńsku była tam zerowa.

[ŁŁ] Dobrze! Ale to jak następnym razem, przepraszam, że Ci przerywam, ale jak następnym razem jak go spotkasz, spytaj go, czy kiedykolwiek z Fugloy wyjechał. A może czy był gdzieś…

[KE] Tak, tak! Pytałam go o to, bo ja też miałam taki obraz jego w głowie, że to jest właśnie taki gość, który nigdy nie wyjechał.

[ŁŁ] Latarnik z Hattarvik!

[KE] Tak! I kiedyś będąc z Ivanem na Fugloy zapytaliśmy go, czy gdzieś podróżował, a on na to, że tak, że był w zeszłym roku w Izraelu. Także koleś naprawdę gdzieś podróżował, trochę pływał w życiu, ale ten jego język jest bardzo ograniczony, więc żeby z nawiązać jakąkolwiek rozmowę, to musiałam się trochę nauczyć farerskiego, ale kiedyś zapytałam go o jego najszczęśliwszy dzień w życiu. Ta wypowiedź jest zacytowana w książce Maćka Brencza „Farerskie kadry”i Leivur odpowiedział mi wtedy, że wszystkie dni, kiedy w Hattarvik byli ludzie były szczęśliwe. I ta odpowiedź mnie tak wzruszyła… to było mocne.

[ŁŁ] Mocne, bardzo!

[KE] Dlatego, że na dzień dzisiejszy w Hattarvik mieszka bodajże tylko 6 czy 7 osób, garstka. Myślę, że jak Leivur był młody to ta liczba wynosiła około 50 osób, także to była zupełnie inna energia wtedy w tej wsi.

[ ŁŁ] Jasne! Myślę, że to co teraz powiedziałaś jest tym bardziej, tym łatwiej zrozumiałe dla ludzi, którzy tam byli i którzy potrafią się tam przenieść i widzą to wszystko. Bardzo ciekawe!

[KE] W każdym razie, morał z tego taki – nigdy nie obejmuj Farerczyka z zaskoczenia!

[ŁŁ] Z nienacka! Tylko musisz go wcześniej przygotować: „Uwaga! Idzie przytulas!”. No dobrze, to słuchajcie, może na koniec, bo bawimy się kontekstami, opowiadamy o żenadach, ale pokazujemy różne perspektywy. Teraz perspektywa tego, z czym teraz Wyspy Owcze się mierzą, czyli postępującej islandyzacji Wysp Owczych, jak czasami mówimy, czyli nawału turystów, który na Wyspy Owcze zmierza, oczywiście zatrzymana teraz przez koronawirusa, ale na Wyspach Owczych turystów jest coraz, coraz więcej. Chyba symbolem tego wszystkiego, co się to dzieje, jest słynny farmer z Saksun.

[KE] O tak!

[ŁŁ] Może Kiniu daj kontekst tego człowieka a ja opowiem Wam moją historię z nim związaną.

[KE] Farmer z Saksun to człowiek, który osiedlił się w odludnym miejscu po to, żeby być w względnej izolacji. Nie wśród ludzi. Chciał mieć spokój, odosobnienie. Okazało się jednak, że Saksun trafiło na listę topowych farerskich miejsc, o szczególnym pięknie i z roku na rok turystów odwiedzających wioskę zaczęło przybywać. Pierwszym wyrazem swojego sprzeciwu, jaki dał ten farmer, on się nazywał… Jógvansson?… nie pamiętam, nie chcę źle powiedzieć. [przyp. Transkrybentki: Jóhan Jógvansson]. Nazwijmy go roboczo farmerem z Saksun. Fakt, że turyści nie obchodzili się z nim kulturalnie i grzecznie, dlatego że zwłaszcza Azjaci natarczywie podchodzili pod okna jego domu, fotografowali rodzinę na przykład jedzącą obiad czy tego farmera bawiącego się z dziećmi. Także jawnie doszło do przekroczenia granicy prywatności, ale farmer zaczął reagować dosyć agresywnie. Pierwsze co zrobił, to na takim starym kontenerze napisał po angielsku „This is not Disneyland! Toursits go home!”, czyli „To nie jest Disneyland! Turyści, do domu!”. Ale oczywiście ten przekaz został zignorowany, a nawet turyści chętnie…

[ŁŁ] Bezczelnie zignorowany! [śmiech] [KE] …a nawet turyści chętnie robili sobie zdjęcia pod tym napisem, także ta akcja tak naprawdę niewiele dała. Potem farmer zaczął przesuwać kolejne granice i doszło do straszenia, gróźb, machania widłami. Jedna nasza rodaczka mieszkająca na Wyspach Owczych pojawiła się tam kiedyś w Saksun z psem i farmer tak bardzo nerwowo zareagował, bojąc się, że pies wystraszy jego owce i zagroził, że zastrzeli psa. Dochodziło tam do już takich naprawdę mocnych scen. To co ja uważałam za bardzo niepokojące to było to, że inni Farerzy poklepywali go po plecach, że nie było ostracyzmu społecznego, nikt go anatemą nie obłożył, tylko ludzie mówili: „Tak, rozumiemy Cię! Współczujemy Ci!” i on przez to się czuł coraz bardziej pewnie, mając takie poparcie społeczne.

[ŁŁ] Jasne! Ja w jakiś sposób rozumiem frustrację tego człowieka, bo rzeczywiście Saksun jest na tyle pięknym miejscem, na tyle relatywnie łatwo dostępnym, że każdy, kto przyjeżdża na Wyspy Owcze, wcześniej lub później tam ląduje. Miejsce jest bajkowe, to jest po prostu wciśnięta w ścianę jednych z najwyższych klifów na Wyspach Owczych zatoka otoczona z każdej strony wysokimi górami, cztery, czy pięć wodospadów. Miejsce przepiękne! Dodatkowo bardzo charakterystyczna architektura, kościół nad brzegiem laguny, na wysokim klifie, pokryty trawą. Coś pięknego! W jakiś sposób go rozumiem, ale moja osobista przygoda z nim była przerażająca bo wylądowałem tam też z grupą turystów i staram się zawsze zachować jakieś granice i zdecydowanie nie wchodzić w prywatność tych ludzi. Pamiętam, stanęliśmy powyżej miejscowości, tam jest taki mały placyk powyżej toalety, fajne miejsce z którego można zrobić sobie fotkę właśnie z perspektywą na kościół, na zatokę i tak dalej i pamiętam, że zawsze, jak stoję w tym miejscu przepełnia mnie taki spokój i to, że tam się nic nie rusza, to jest po prostu pocztówkowy obraz. Patrzę na wielką pocztówkę! Pamiętam, pierwszy niepokój to było to, że coś się ruszyło i ruszył się ciągnik On po prostu wsiadł w ciągnik, a mieszka stosunkowo daleko, bo mieszka po prawej stronie, zaraz…

[KE] On mieszka na samym końcu wsi, tak naprawdę.

[ŁŁ] Tak, to jest czarny budynek po prawej stronie, przy szlaku do Tjørnuvík, i po prostu wsiadł do tego ciągnika i tak pędził tą wąską drogą, że byłem już przekonany o tym, że jedzie do nas. Ciągnik zaczął się zbliżać do naszej grupy, widzieliśmy, że jedzie szybko, ja jeszcze nie niepokoiłem turystów ale wiedziałem, że już jedzie w naszym kierunku i…. też masa tego ciągnika, to był naprawdę olbrzymi ciągnik! W ostatnim momencie zahamował przed naszą grupą i szał, który miał w oczach był naprawdę przerażający. Krzyknął na nas, że nie wolno chodzić po trawniku i że wogóle „Wynocha stąd!”, mimo, że nikt po tym trawniku nie chodził, ale widać, że została już w jego głowie jakaś granica przekroczona i myślę, że on już większość swojego czasu spędza w oknie…

[KE] Ze śrutówką w dłoni! [śmiech] [ŁŁ] Tak! To idzie w złym kierunku. Ja nie mówię, że on nie ma podstaw do tego, żeby się tak czuć, ale jednak została przekroczona jakaś granica i to idzie w złym kierunku. Dobrze! Słuchajcie, mówimy już ponad pół godziny! Tak to zeszło! Jeżeli zainteresuję Was temat naszych farerskich żenad, to pewnie mamy jeszcze kilka przygód i pewnie będziemy się chcieli tym podzielić. Zapraszamy! Zapraszamy do słuchania, zapraszamy do wspólnej przygody! W tym momencie Wam bardzo serdecznie dziękujemy i widzimy się i słyszymy się w następnym odcinku!

[KE] Tak jest! Bardzo, bardzo dziękujemy! Dziękujemy również za tyle pozytywnych komentarzy i tak ciepły odbiór naszego pierwszego odcinka, także zapraszamy do komentowania, do udostępniania, jeżeli wy również przeżyliście jakieś farerskie żenady podzielcie się w komentarzu! No i co? 

[ŁŁ] No własnie, do zobaczenia i do usłyszenia!

[KE] Cześć!

[ŁŁ] Cześć!

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments