Enklawa Ove Løgmansbø

Recenzja ENKLAWY Remigiusza Mróza vel Ove Løgmansbø

31 października 2017


Chociaż moda na skandynawskie kryminały trwa nieprzerwanie od lat, Wyspy Owcze to na polskim rynku czytelniczym wciąż temat dziewiczy i niewyeksploatowany. Wydawnictwo Dolnośląskie postanowiło wykorzystać ten fakt stawiając na nikomu nieznanego autora – Ove Løgmansbø, który „Enklawą” zadebiutował na polskiej scenie wydawniczej.   

Garaże na łodzie w Vestmanna na Wyspach Owczych

Wyspy Owcze oczami Ove Løgmansbø

Akcja powieści rozgrywa się w Vestmannie – niewielkim miasteczku położonym w północno-zachodniej części wyspy Streymoy. Pewnej nocy dochodzi tam do zaginięcia młodej dziewczyny – Pouli Løkin, której zwłoki zostają wkrótce znalezione. Tajemnicze morderstwo jest silnym wstrząsem dla vestmańskiej społeczności, w której największym jak dotąd aktem przemocy były weekendowe bijatyki w miejscowym barze. Sprawą natyc hmiast zajmuje się farerska policja, którą wspiera Katrine Ellegaard – młoda i dobrze zapowiadająca się detektyw z kopenhaskiej dochodzeniówki. Wśród miejscowych znajduje ona nieocenionego sprzymierzeńca w postaci Hallbjørna Olsena. Olsen to człowiek z wojskową przeszłością, który cierpi na syndrom stresu pourazowego. Od powrotu z misji ONZ w Bośni nie potrafi ułożyć sobie życia – chwyta się dorywczych prac, ma ewidentny problem z alkoholem, a przy tym samotnie wychowuje nastoletnią córkę Ann-Mari, która bardziej niż ojca widzi w nim poczciwego nieudacznika.  Hallbjørn i Katrine w toku śledztwa, odkrywają sieć społecznych powiązań, która w rezultacie prowadzi do szokującej prawdy. 

Przylądek Kallurin na Wyspach Owczych

 Pomimo oczywistego wątku kryminalnego, trudno nazwać „Enklawę” klasyką gatunku, ponieważ powieści brakuje dynamiki i raptownych zwrotów akcji. Wątek kryminalny stanowi zaledwie przyczynek do rozważań nad małomiasteczkową codziennością, brakiem anonimowości czy podwójnym życiem w świecie realnym i wirtualnym. Løgmansbø skupia się na różnicach pokoleniowych, które są nieuniknione nawet w tak odizolowanym społeczeństwie. Mimo że autor na piedestale stawia człowieka, to odczułam niedosyt, jeśli chodzi o profile głównych bohaterów, szczególnie duńskiej pani detektyw. Nie wiemy o niej praktycznie nic poza tym, że jest przed trzydziestką i mieszka w Kopenhadze. Ta pustka w życiorysie Katrine Ellegaard sprawia, że czytelnik odbiera ją, jako chłodną służbistkę, która nieudolnie próbuje rozeznać się w farerskiej rzeczywistości.   

Niezgodności i przerysowana w „Enklawie” Ove Løgmansbø

Książka imponuje objętością, a grafika na okładce stanowi preludium tajemniczości. Trochę dziwi okładkowa rekomendacja Matsa Olssona, który uznał „Enklawę” za „fascynującą lekturę”. Ciekawe czy przeczytał ją po polsku czy może zaopatrzył się już w jakieś nieoficjalne tłumaczenie? Na tylnym zgięciu okładki znajduje się nietypowe zdjęcie autora. Ove Løgmansbø ukrywa się pod okularami słonecznymi i kapturem kurtki, co o ile nie uczestniczy on w programie ochrony świadków koronnych, wydaje się być zastanawiające. Pod tym dziwacznym portretem znajduje się krótka notka biograficzna oraz informacja o tym, dlaczego książka została wydana w języku polskim. Szczerze mówiąc, gdyby „Enklawa” ukazała się w języku farerskim, podczas lektury Farerczycy niejednokrotnie wybałuszaliby oczy ze zdumienia – niestety pod wieloma względami warstwa faktograficzna woła o pomstę do nieba. 

Niezgodności i przerysowania można długo wyliczać. Prom Smyril, który w rzeczywistości łączy Tórshavn z południową wyspą Suðuroy, według narracji „Enklawy” nie wiadomo, dlaczego pływa do Vestmanny. Jeden z bohaterów informuje drugiego, że widział samochód na stołecznych blachach, podczas gdy numery rejestracyjne pojazdów na Wyspach Owczych są przypadkowe i niepowiązane z żadnymi miejscowościami. Odwiedzający swe domostwa bohaterowie, zawsze dzwonią do drzwi lub pukają, tymczasem na archipelagu panuje deficyt dzwonków, a pukanie nie jest ogólnie przyjętą praktyką. Jako że Farerczycy słyną z otwartych domostw, powszechne jest wchodzenie i głośny okrzyk powitalny, informujący gospodarza o pojawieniu się gości. Zdecydowanie przekoloryzowany jest również motyw niechęci Farerczyków wobec Duńczyków. Oczywiście kwestia niepodległości jest na archipelagu wciąż żywa, a zdania od lat podzielone, ale duńsko – farerskie animozje nie są tak intensywne jak próbuje przedstawiać je narrator poprzez kąśliwe dialogi i polityczną mowę nienawiści. Farerczycy zazwyczaj unikają konfrontacji i nie zdarza się, aby jakikolwiek przyjezdny lub mieszkający na Wyspach Owczych Duńczyk usłyszał przykre uwagi pod adresem swojej przynależności narodowej. Poza tym przedstawiona w książce, jako skrajnie nacjonalistyczna partia Sjálvstýri jest w rzeczywistości najbardziej umiarkowaną z partii republikańskich.

Błędy językowe w „Enklawie” Ove Løgmansbø

O ile powyższe wzmianki mogą oscylować w granicy fikcji literackiej, warto zwrócić uwagę na rażące błędy w warstwie językowej. Bohaterowie wielokrotnie mają zagwozdkę w kwestii przechodzenia na „ty”. Tymczasem zarówno w języku farerskim jak i duńskim formy „pan” oraz „pani” są mocno przestarzałe i powszechnie nieużywane. Ani farerski ani duński nie są językami tytularnymi i zwracanie się do siebie per „ty” jest lingwistyczną normą. Oprócz tego w pewnym momencie Katrine Ellegaard stwierdza, że język farerski jest podobny do islandzkiego. Z pewnością ma rację, jeśli chodzi o kwestie gramatyczne, jednak, jako że wniosek ten wysnuła na podstawie języka mówionego, nie mogła się bardziej pomylić. Wbrew wszelkim opiniom i pozorom Farerczycy i Islandczycy nie rozumieją się, a wypowiedzi Islandczyków w farerskiej telewizji są zawsze tłumaczone za pomocą napisów, co nie ma miejsca w przypadku wystąpień Duńczyków, Szwedów czy Norwegów. Oprócz tego pojawiają się błędy ortograficzne np. w imionach („Olavur” zamiast „Ólavur”) czy nazwach własnych („Mang” zamiast „Magn” lub „ Svabos gøta” zamiast „Svabosgøta”). Co ciekawe członkini partii separatystycznej zamiast farerskiej formy imienia „Turið”, używa duńskiej – „Thurid”. 

Powyższe błędy, a także inne nieścisłości niewspomniane w niniejszym tekście, silnie nadwątliły moją wiarę w polsko – farerskie korzenie autora. Wątpliwości budzi już samo nazwisko autora, które na Wyspach Owczych występuje jedynie w formie „Á Løgmansbø”. Obawiam się, zatem, że „Ove Løgmansbø” to tylko marketingowy pseudonim autora, mający budzić skojarzenia z poczytnym Jo Nesbø. Wygląda, więc na to, że wydawnictwo postawiło na kampanię reklamową opartą na fikcji – nie tylko literackiej.

Kinga Eysturland

 Post scriptum 
Tekst powstał przed ujawnieniem tożsamości autora, którym okazał się Remigiusz Mróz.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments