• Rotator
  • Rotator
  • Rotator
  • Rotator
  • Rotator
  • Rotator
  • Rotator

Świeżo po lekturze: ENKLAWA – Ove Løgmansbø

Recenzja Kingi Eysturland

Chociaż moda na skandynawskie kryminały trwa nieprzerwanie od lat, Wyspy Owcze to na polskim rynku czytelniczym wciąż temat dziewiczy i niewyeksploatowany. Wydawnictwo Dolnośląskie postanowiło wykorzystać ten fakt stawiając na nikomu nieznanego autora – Ove Løgmansbø, który „Enklawą” zadebiutował na polskiej scenie wydawniczej.  

Akcja powieści rozgrywa się w Vestmannie – niewielkim miasteczku położonym w północno-zachodniej części wyspy Streymoy. Pewnej nocy dochodzi tam do zaginięcia młodej dziewczyny – Pouli Løkin, której zwłoki zostają wkrótce znalezione. Tajemnicze morderstwo jest silnym wstrząsem dla vestmańskiej społeczności, w której największym jak dotąd aktem przemocy były weekendowe bijatyki w miejscowym barze. Sprawą natychmiast zajmuje się farerska policja, którą wspiera Katrine Ellegaard – młoda i dobrze zapowiadająca się detektyw z kopenhaskiej dochodzeniówki. Wśród miejscowych znajduje ona nieocenionego sprzymierzeńca w postaci Hallbjørna Olsena. Olsen to człowiek z wojskową przeszłością, który cierpi na syndrom stresu pourazowego. Od powrotu z misji ONZ w Bośni nie potrafi ułożyć sobie życia – chwyta się dorywczych prac, ma ewidentny problem z alkoholem, a przy tym samotnie wychowuje nastoletnią córkę Ann-Mari, która bardziej niż ojca widzi w nim poczciwego nieudacznika.  Hallbjørn i Katrine w toku śledztwa, odkrywają sieć społecznych powiązań, która w rezultacie prowadzi do szokującej prawdy.

Pomimo oczywistego wątku kryminalnego, trudno nazwać „Enklawę” klasyką gatunku, ponieważ powieści brakuje dynamiki i raptownych zwrotów akcji. Wątek kryminalny stanowi zaledwie przyczynek do rozważań nad małomiasteczkową codziennością, brakiem anonimowości czy podwójnym życiem w świecie realnym i wirtualnym. Løgmansbø skupia się na różnicach pokoleniowych, które są nieuniknione nawet w tak odizolowanym społeczeństwie. Mimo że autor na piedestale stawia człowieka, to odczułam niedosyt, jeśli chodzi o profile głównych bohaterów, szczególnie duńskiej pani detektyw. Nie wiemy o niej praktycznie nic poza tym, że jest przed trzydziestką i mieszka w Kopenhadze. Ta pustka w życiorysie Katrine Ellegaard sprawia, że czytelnik odbiera ją, jako chłodną służbistkę, która nieudolnie próbuje rozeznać się w farerskiej rzeczywistości.  

Książka imponuje objętością, a grafika na okładce stanowi preludium tajemniczości. Trochę dziwi okładkowa rekomendacja Matsa Olssona, który uznał „Enklawę” za „fascynującą lekturę”. Ciekawe czy przeczytał ją po polsku czy może zaopatrzył się już w jakieś nieoficjalne tłumaczenie? Na tylnym zgięciu okładki znajduje się nietypowe zdjęcie autora. Ove Løgmansbø ukrywa się pod okularami słonecznymi i kapturem kurtki, co o ile nie uczestniczy on w programie ochrony świadków koronnych, wydaje się być zastanawiające. Pod tym dziwacznym portretem znajduje się krótka notka biograficzna oraz informacja o tym, dlaczego książka została wydana w języku polskim. Szczerze mówiąc, gdyby „Enklawa” ukazała się w języku farerskim, podczas lektury Farerczycy niejednokrotnie wybałuszaliby oczy ze zdumienia – niestety pod wieloma względami warstwa faktograficzna woła o pomstę do nieba.

Niezgodności i przerysowania można długo wyliczać. Prom Smyril, który w rzeczywistości łączy Tórshavn z południową wyspą Suðuroy, według narracji „Enklawy” nie wiadomo, dlaczego pływa do Vestmanny. Jeden z bohaterów informuje drugiego, że widział samochód na stołecznych blachach, podczas gdy numery rejestracyjne pojazdów na Wyspach Owczych są przypadkowe i niepowiązane z żadnymi miejscowościami. Odwiedzający swe domostwa bohaterowie, zawsze dzwonią do drzwi lub pukają, tymczasem na archipelagu panuje deficyt dzwonków, a pukanie nie jest ogólnie przyjętą praktyką. Jako że Farerczycy słyną z otwartych domostw, powszechne jest wchodzenie i głośny okrzyk powitalny, informujący gospodarza o pojawieniu się gości. Zdecydowanie przekoloryzowany jest również motyw niechęci Farerczyków wobec Duńczyków. Oczywiście kwestia niepodległości jest na archipelagu wciąż żywa, a zdania od lat podzielone, ale duńsko – farerskie animozje nie są tak intensywne jak próbuje przedstawiać je narrator poprzez kąśliwe dialogi i polityczną mowę nienawiści. Farerczycy zazwyczaj unikają konfrontacji i nie zdarza się, aby jakikolwiek przyjezdny lub mieszkający na Wyspach Owczych Duńczyk usłyszał przykre uwagi pod adresem swojej przynależności narodowej. Poza tym przedstawiona w książce, jako skrajnie nacjonalistyczna partia Sjálvstýri jest w rzeczywistości najbardziej umiarkowaną z partii republikańskich.

O ile powyższe wzmianki mogą oscylować w granicy fikcji literackiej, warto zwrócić uwagę na rażące błędy w warstwie językowej. Bohaterowie wielokrotnie mają zagwozdkę w kwestii przechodzenia na „ty”. Tymczasem zarówno w języku farerskim jak i duńskim formy „pan” oraz „pani” są mocno przestarzałe i powszechnie nieużywane. Ani farerski ani duński nie są językami tytularnymi i zwracanie się do siebie per „ty” jest lingwistyczną normą. Oprócz tego w pewnym momencie Katrine Ellegaard stwierdza, że język farerski jest podobny do islandzkiego. Z pewnością ma rację, jeśli chodzi o kwestie gramatyczne, jednak, jako że wniosek ten wysnuła na podstawie języka mówionego, nie mogła się bardziej pomylić. Wbrew wszelkim opiniom i pozorom Farerczycy i Islandczycy nie rozumieją się, a wypowiedzi Islandczyków w farerskiej telewizji są zawsze tłumaczone za pomocą napisów, co nie ma miejsca w przypadku wystąpień Duńczyków, Szwedów czy Norwegów. Oprócz tego pojawiają się błędy ortograficzne np. w imionach („Olavur” zamiast „Ólavur”) czy nazwach własnych („Mang” zamiast „Magn” lub „ Svabos gøta” zamiast „Svabosgøta”). Co ciekawe członkini partii separatystycznej zamiast farerskiej formy imienia „Turið”, używa duńskiej – „Thurid”.

Powyższe błędy, a także inne nieścisłości niewspomniane w niniejszym tekście, silnie nadwątliły moją wiarę w polsko – farerskie korzenie autora. Wątpliwości budzi już samo nazwisko autora, które na Wyspach Owczych występuje jedynie w formie „Á Løgmansbø”. Obawiam się, zatem, że „Ove Løgmansbø” to tylko marketingowy pseudonim autora, mający budzić skojarzenia z poczytnym Jo Nesbø. Wygląda, więc na to, że wydawnictwo postawiło na kampanię reklamową opartą na fikcji – nie tylko literackiej.

 

Kinga Eysturland